Zobacz co u nas słychać.
Zasubskrybuj, polajkuj i bądź na bieżąco z naszym blogiem
  • wagabunda

Aktualizacja: sty 2

To był jeden z tych dni kiedy czułem się jak w bajce... animowanej. Takiej męczącej kreskówce Walta Disneya z lat 30-tych, gdy na głowę Donaldowi spada podkowa, kowadło i fortepian na raz. Odebrałem telefon z przekazem, którego nie za bardzo miałem ochotę słuchać, a treści przekazu przyjmować do wiadomości. O ile siedzisz w swojej pracy w biurze, możesz wyjść na pauzę i wrócić, gdy zejdzie ciśnienie. Gdy prowadzisz grupę, jest dość ciężko powiedzieć klientom - poczekajcie pół godziny, muszę zaczerpnąć powietrza - zwłaszcza gdy wstęp do zwiedzanego obiektu jest ustalony na konkretną godzinę, a potem przepada. Dzień też taki słotny, dżdżysty, wietrzny i ogólnie szarobury. To też nie pomagało. Wdech, wydech i tyle na razie wystarczy. Jedziemy dalej. Bezmyślnie. Później będzie czas na re-re-re; retrospekcję, refleksję, respirację.

Zamek w Kórniku - cud miód. Ma coś z Taj Mahal. Widziałem go lata całe temu. Zmieniły się fundusze, odrestaurowano go, a i moja percepcja dużo już dojrzalsza pozwalała docenić rzemiosło. Rogalin - poezja i przepych jakich próżno szukać w wielu innych zabytkach tego typu. Dopiero jednak tak niepozorny dom-muzeum Arkadego Fiedlera okazał się tymczasowym panaceum na ciężar chwili. Gdzieś wciśnięty w wąską alejkę mieściny, o której nikt nigdy nie słyszał, czaił się ten przedziwny byt. Niby muzeum, a człowiek czuje się jak w we własnych czterech ścianach. Już samo wejście, niczym rozłożone ramiona pełne złotych niezagrabionych liści witało wymownie, przypominało kim jestem i gdzie przynależę. W odróżnieniu, od Kórnika i Rogalina, tu nie widać żadnych grantów, dofinansowań, przepychu. Nie zbudowało go ministerstwo, nie dotknęli szarzy ludzie w płaszczach wycięci z TV. To co jest to obfitość pasji. W dworku czai się coś przytulnego, jest niedopowiedzenie, w końcu jakaś tajemnica. Ten smętny, deszczowy wieczór, niepoprawnie kontrastuje z posągiem ludów Rapanui i zziębłym bananowcem przywleczonym z Chin. Bananowiec wygrywa. Ledwo. Biedny, postrzępiony, wyblakły, ale trwa. I jeszcze ten erotyk o forsycji. Odnoszę wrażenie, że ten dom to wcale nie jest muzeum. To żywy pomnik postawiony wszystkim podróżnikom, nomadom, wagabundom. Ludziom kurzu drogi i zaklętych rewirów, których myśli ulotne zasypał piasek, a Fiedler post mortem mówi "hej, a pamiętasz to..." i wtedy wiatr dramatycznie porywa piasek, a ty zakładasz wygodne buty, kapelusz, plecak i robisz to znowu... #arkadyfiedler #puszczykowo #wagabundatravel #azjatyckitrip



pisał: Paweł Azjatycki

  • wagabunda



Góry to coś, co kochałem od zawsze. W Azji nawiedzane przez nas do znudzenia Cameron Highlands (o czym pisałem chociażby tu: https://www.azjatyckitrip.com/single-post/2017/07/10/Cameron-Highlands---Herbata-Prosto-z-Krzaka ) , łazikowanie pogórzem Mount Kinabalu na Borneo, liczne trekkingi płaskowyżem Shen w Birmie, Tajlandii i Laosie w poszukiwaniu plemion Akha, Hmong i Pa’O. W Indonezji były szczyty wulkanów, a jeszcze wcześniej skakaliśmy po syberyjskich Sajanach na pograniczu Mongolii i Chin, oraz po Górach Marmurowych w Wietnamie. Pewnie doliczyłbym się paru innych miejsc, ale niewiele osób wie, że samo Kuala Lumpur też daje niezłą frajdę, pod warunkiem, że ma się auto (Azjaci zwykle jak muszą już wyjść ze swojego mieszkania to albo po zakupy, albo by coś zjeść, tak więc transportu do lasu nie uświadczysz). Stolica Malezji leży w dolinie i jest obwarowana niewysokimi górami. Daje to świetne pole do popisu weekendowym trekkingom.


Dolinę Klang, jak i większość ww. gór łączy jedna część wspólna - często porasta je las deszczowy, a ten zamieszkuje wszystko to, co grysie, ssie i kąsa. Nieuważny kontakt z ciernistymi roślinami kończy się rozcięciami, a te z kolei lubią ropieć i nie goić się tygodniami. Krótkie spodenki i niskie buty? W porze deszczowej pijawki kochają składać krwiste pocałunki na łydkach. Zawsze też istnieje ryzyko nadepnięcia skorpiona, parecznika czy węża. Długie spodnie, koszula i buty trekkingowe? Gorąco, ciężko się oddycha, a tu jeszcze trzeba pokryć spocone ciało lepkim repelentem (a w dżungli pierwotnej przeciwmalarycznym z wysokim stężeniem żrącego DEET). Dżungla jest wymagająca i potrafi dać w kość nawet najwytrwalszym. Ma jednak tę jedną cechę - uzależnia bardziej niż heroina. Nie wiem, czy to ten ostry zapach butwiejącej roślinności, odgłosy dzikich zwierząt, stan ciągłego skupienia na trekkingu, ale ja już powoli nie mogę usiedzieć na siedzeniu. Jako, że najbliższy wyjazd do Malezji i Tajlandii z dżunglowym trekkingiem dopiero pod koniec roku (link tu: https://www.azjatyckitrip.com/malezja-i-tajlandia ) postanowiłem skorzystać z wolnych chwil i nadrobić zaległości w trekkingu po polskich górach.

Jako, że czasu ostatnio nie mieliśmy zbyt wiele, postanowiliśmy wraz z panią Agnieszką zaatakować znajdującą się w odległości zaledwie czterdziestu paru kilometrów od Wrocławia, Ślężę. Lata całe tam nie byłem. Na szczęście góra niewiele się zmieniła. Ten gabrowo, granitowy masyw wyrasta jakby nigdy nic, na pięćset metrów wzwyż ( licząc od podnóża, bo wysokość n.p.m. to 718m). Ślęża to obszar bardzo istotny ze względów historycznych oraz religijnych dla wyznawców kultu solarnego. Grubo przed narodzinami Chrystusa wydobywano tu serpentynit do produkcji toporów ślężańskich oraz nefryt do produkcji narzędzi i błyskotek maści wszelakiej. Do tej pory zachowały się kamienne posągi kultu Łużyczan tj. „Niedźwiedź”, „Panna z rybą”, „Mnich” czy posąg „Grzyba”. To tu opowiada się Ślężańską legendę o „Żywej wodzie”. Za studenckich czasów, wraz z grupką przyjaciół wybraliśmy się na Ślężę by poimprezować na szczycie, a następnie napojeni „żywą wodą” przekimać się pod gołym niebem. Akurat nasza eskapada zbiegła się z Nocą Kupały, dzięki czemu mięliśmy okazję podglądnąć jak swoje święta obchodzą rodzimowiercy słowiańscy. Sądząc po świeżych znakach słowiańskiej zwarożycy, kult na tych ziemiach ma się ciągle nieźle.

Ślęża, zwykle będąca kwintesencją jednego ze swoich wariantów etymologicznych – tj. „ślęga” (ze słowiańskiego: mokra, błotna, śliska), dziś tylko w części potwierdziła słuszność nazwy. U podnóża, choć jest luty, słota jesień w pełni. Od ¾ wzniesienia zima pełną gębą. Pojedynczy obłąkańcy naszego pokroju wspinali się trzymając drzew, lub zjeżdżali po oblodzonych jak tor bobslejowy szlakach, przeciągając „czeeeeść” ze śmiechem. Nigdy nie sądziłem, że Ślęża może być tak wymagająca. Dziś zasłużyła w moich oczach na swoją przynależność do Korony Sudetów oraz Korony Gór Polski. Popatrzcie sami.






ślizgała się: pani Agnieszka

pisał i fotografował: Paweł

  • wagabunda

Aktualizacja: 6 paź 2018

Stolica Castilli y Leónu . Miejsce kompletnie niesłusznie pomijane podczas podróży po Iberii, na rzecz kurortów nadmorskich. Położone na spalonym słońcem podgórzu gór Kantabryjskich skąpane wodami dorzecza Douro, León opowie nam swoimi murami o niemalże dwu tysiącach lat burzliwej historii. Zobaczymy tu zupełnie niehiszpański (a francuski) styl katedry Santa María de la Regla oraz imponujący Casa de Botines zaprojektowany przez samego mistrza Antoniego Gaudiego. Jeżeli marzy Wam się Gaudí, a obrzydzają tłumy, León będzie czymś dla Was. Tu po prostu nie ma turystów. Puste ulice, place zdobione girlandami kwiatów i przepyszne bocadillos z jamon serrano, serem manchego w towarzystwie małego piwka caña. Mmmm que canela! - Jakby to powiedział Leoñczyk.






#Leon #hiszpania #wagabundatravel

Wszelkie prawa zastrzeżone ©2018 Biuro Podróży Wagabunda Travel S.C. www.wagabundatravel.com

Administratorem Twoich danych jest WAGABUNDA TRAVEL S.C. KLIKNIJ i dowiedz się więcej jak chronimy dane.